Media o nas

11.03.2014

Media

Twój Styl

https://www.youtube.com/watch?v=38csDf5EL8U

DO RZECZY

Malemen

Niedziela

Niedziela (2)

Zwierciadło

http://www.rp.pl/artykul/1090342.html

http://www.filmweb.pl/reviews/Mieli+butelki+z+benzyn%C4%85+i+kamienie-15489

http://film.onet.pl/recenzje/kamienie-na-szaniec-zwyczajni-bohaterowie-recenzja/3hynd

http://www.polskieradio.pl/7/15/Artykul/1031754,Jak-ozywic-na-ekranie-legende-Zoski

http://www.youtube.com/watch?v=38csDf5EL8U

http://www.polskieradio.pl/24/160/Artykul/1063121,Filmowy-Rudy-nie-sadzilem-ze-sceny-tortur-beda-mnie-tyle-kosztowac

http://www.pch24.pl/kamienie-rzucone-naprawde-,21247,i.html

http://wpolityce.pl/dzienniki/jeden-taki/74707-gdyby-kazda-generacja-miala-swoje-kamienie-na-szaniec-polska-bylaby-lepsza-recenzja-piotra-zarem

24.02.2014

Gdyby każda generacja miała swoje KAMIENIE NA SZANIEC, Polska byłaby lepsza.

Na wstępie deklaracja, którą już tu kiedyś poczyniłem. „Akcja pod Arsenałem Jana Łomnickiego, skromny film z roku 1977, miał ogromny wpływ na mnie i na moje życie. Jestem przywiązany do jego stylistyki, także do twarzy i gry tamtych aktorów. Zośka będzie miał dla mnie zawsze twarz Mirosława Konarowskiego, Rudy – Cezarego Morawskiego, a Alek – Jarosława Gajewskiego.

Byłem tym obciążony zasiadając do „Kamieni na szaniec” Roberta Glińskiego. I to wrażenie zwycięstwa „Akcji pod Arsenałem” we mnie pozostało. Ale nie mogę się martwić tym, że po kilkudziesięciu latach powstaje inna wizja. Może bliższa współczesnej młodzieży. Byłoby czymś wspaniałym, gdyby każda generacja miała swoją opowieść o Zośce, Rudym i Alku. A Gliński to człowiek, który jako syn harcerki z Szarych Szeregów i wrażliwy reżyser miał wszelkie dane aby nową wizję zaproponować.

tytuł

Wywiązał się. Naturalnie mam trochę pretensji – choćby o zmarginalizowanie postaci Alka Dawidowskiego. Łomnicki w filmie porównywalnej długości pokazał trójkę przyjaciół, zgodnie z tym, co wiemy. Tu jest dwóch i pół. Wydaje mi się też, że Łomnicki miał nieco lepszy pomysł na przybliżenie nam samych postaci. Ale nie mam pretensji do języka niemal komiksu w pierwszych scenach. To komiks patriotyczny w każdym calu. Tak się być może tamtych bohaterów pokazywać dziś powinno, choć muzyka nie z epoki.

No i zasadnicza historia pozostaje wstrząsająca. Także dzięki dobrym młodym aktorom, zwłaszcza dzięki Tomaszowi Ziętkowi jako charyzmatycznemu pomimo drobnej postury Rudemu.

Piszę to z pewnym niepokojem, bo wokół tego filmu zaczynają już narastać legendy. Protestują środowiska harcerskie. One największą pretensję mają o sposób potraktowania Orszy, czyli Stanisława Broniewskiego, komendanta Szarych Szeregów. Mniej chyba nawet chodzi o sam jego konflikt z Zośką. Łomnicki sygnalizował go także, ale Orsza Jana Englerta był postacią dużego formatu. Tu w wykonaniu Wojciecha Zielińskiego jest chwiejny i hamletyczny.

No dobrze, to uprawniony spór o historię i ja się cieszę, że komuś chce się go prowadzić. Nie skreślam wcale racji krytyków. Nota bene racje w waśniach Zośki z Orszą nie są wcale u Glińskiego rozłożone zero-jedynkowo.

Za to jeden apel: wytwarzanie wokół tego filmu klimatu nieomal skandalu jest rzeczą absurdalną. To nie jest nieomal drugie „Pokłosie”, film który chce i będzie kogoś obrażał czy szkalował. Tak się składa, że przeprowadziłem z Robertem Glińskim wywiad, który ukaże się za półtora tygodnia w tygodniku wSieci. On tam wykłada swoje racje, powołuje się na źródła. Można się z nim zgadzać lub nie.

Ale na przykład oburzanie się jedną miłosną sceną w momencie, kiedy Zośka naprawdę pomieszkiwał ze swoją sympatią, wydaje mi się lekką przesadą. W czasie wojny wszystko przebiegało trochę inaczej, także dojrzewanie harcerzy. Skądinąd mógłbym nieco cynicznie zauważyć, że to odpór chorym teoriom Bożeny Janickiej o rzekomym gejostwie bohaterów Szarych Szeregów, ale rzecz cała jest zbyt smutna żeby tak dworować.

Robert Gliński to człowiek szczerze przejęty losami tych bohaterów i w filmie tę pasję, te jego emocje naprawdę widać. Spodziewam się zresztą ze strony przynajmniej części mainstreamowych mediów kręcenia nosem pod tytułem „ i znów pochwała bohaterszczyzny, która niczego nie komplikuje i nie wyjaśnia”.

Tak i nam jest ta bohaterszczyzna potrzebna. Po prostu.

Smakosze będą kręcili nosem nad niezgodnością historycznych szczegółów, ale tych autorzy dopuszczali się czasem z premedytacją, chcąc nieco film uwspółcześnić, nie roniąc jednak niczego z klimatu drugiej wojny światowej, łącznie z niemieckim okrucieństwem. Zwracam uwagę, że kiedy zwykli Polacy patrzyli z zapartym tchem na perypetie młodych bohaterów „Czasu honoru”, dawni cichociemni oburzali się nagięciami historycznych realiów. I literalnie mieli racje, tylko że to film, a nie historyczne seminarium.

„Kamienie na szaniec” jest z nieco wyższej półki niż „Czas honoru” ale ma być także atrakcyjny, trzymający w napięciu. I w paru momentach wbił mnie w fotel, choć powtarzam, to nie całkiem MÓJ film. Ale Polska, w której będziemy wybierali między różnymi wersjami Akcji pod Arsenałem, będzie Polską zdecydowanie lepszą.

Piotr Zaremba

„Kamienie na szaniec”, reż. Piotr Gliński, dyst. Monolith

Piotr Zaremba

źródło : wnas.pl

24.02.2014

„Kamienie…” rzucone naprawdę

„Kamienie…” rzucone naprawdę

Nie dajmy się zwieść tytułowi. Film „Kamienie na szaniec” nie jest opowieścią wyjętą z książki Aleksandra Kamińskiego. To wizja reżysera, Roberta Glińskiego. Wizja porywająca, zapierająca dech w piersiach i arcypolska.

Trawestując słynne powiedzenie niesławnego Woltera, gdyby filmu „Kamienie na szaniec” nie było, to prędzej czy później trzeba by go wymyślić. Wymyślić takim, jakim jest według Roberta Glińskiego. Przepraszam za tę szumną deklarację na samym początku tekstu, ale trudno nie być pod wrażeniem ładunku emocjonalnego, jaki niesie ze sobą film.

Kiedy ekran się ściemnił, kiedy delikatnie zaczęły migotać światła w kinowej sali, a z głośników wydobył się głos Dawida Podsiadły śpiewającego piosenkę „4:30”, autor tego tekstu próbował otrząsnąć się z natłoku wrażeń i oczyścić głowę z przykrej świadomości, że film Glińskiego będzie wyklęty przez część środowisk prawicowych.

Na wojence ładnie?

Ostro pisze o tym obrazie „Nasz Dziennik”. Dziennikarze powołują się nie na własne wrażenia – któż bowiem zajmowałby się takimi bzdurami jak obejrzeniem filmu, o którym chce się wygłosić opinię – ale na wrażenia harcerzy, tych, którzy przejęli spuściznę po Szarych Szeregach. Zarzuty są oczywiście proste i mało odkrywcze: film nie ukazuje prawdy historycznej i oczernia bohaterów. Bo przecież nie byli tacy, jakimi pokazał ich Gliński. To, oczywiście, oskarżenia mało poważne. Jacy byli bohaterowie „Kamieni na szaniec”? Czy tacy, jak ich przedstawił Aleksander Kamiński? A może tacy, jak wspominają ich przyjaciele? Niechby pierwszy z brzegu przykład: ojciec Jana Bytnara wszczepił synowi miłość do Piłsudskiego. Ileż tego Piłsudskiego w „Rudym” z „Kamieni na szaniec” Kamińskiego? Niezbyt wiele. I to – dajmy na to – będzie mój zarzut do Kamińskiego.

W ten sposób można toczyć nieustanne potyczki na cytaty, wspomnienia itp. W swojej kultowej książce Kamiński przerobił bohaterów historycznych  na bohaterów literackich. Gliński spojrzał na nich, jako na świetny materiał porywającej opowieści o przyjaźni, miłości i oddaniu Ojczyźnie. Brzmi sztampowo? Ale sztampowo nie jest. Film jest bardzo „polski” a być może – trochę strach używać takiego stwierdzenia – arcypolski. Jest młodzieńcza energia w służbie niepodległości Polski, gotowość do poświęceń plus ogromna brawura. Ale jest też ukazany wielki dramat młodych ludzi, rzuconych w wojenny wir. Bo – pojmijmy to wreszcie raz na zawsze – wojna to nie zabawa w bohaterszczyznę, ale dramat, wielka tragedia. To destrukcja w sensie egzystencjalnym. Dziw, że trzeba o tym przypominać w kraju, którego najlepsi synowie zostali wytłuczeni w powstaniach i wyniszczających działaniach okupantów. O czym mieli rozprawiać młodzi ludzie, których wysyłano na akcję z butelkami benzyny przeciwko  karnym i profesjonalnie uzbrojonym niemieckim żołnierzom? Może z humorem nucić, że „na wojence ładnie, kto Boga uprosi, żołnierze strzelają Pan Bóg kule nosi”? Gliński, zamiast łudzić widza naiwnie heroicznymi postawami, nadał bohaterom „Kamieni…” ludzkiego rysu. Oni naprawdę żyją i naprawdę giną po kolei „jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec”.

Rozumiem jeden zarzut, padający z ust harcerzy: bohaterowie są uwspółcześnieni, buntują się i romansują jak współczesna młodzież. To prawda. Gliński nie ukrywał, że bohaterów uwspółcześni. O tym, że film ma „odbrązawiać” mówił też odtwórca roli „Zośki”, Marcel Sabat. W ten sposób współczesny widz ma lepiej rozumieć ich postawy, zachowania i decyzje. To zabieg – zgodzę się – konieczny by zainteresować filmem szersze grono ludzi. Ale trzeba z nim niezwykle uważać. Pościg Zośki za więźniarką, w której wieziony był „Rudy”, wyglądał nie tylko nieco komicznie, ale i mało realistycznie. Bo filmowy Zawadzki niemal wjechał samochodem na Szucha, z wrzeszczącą w niebo głosy dziewczyną na siedzeniu pasażera. Dobra, dobra… przesadziliście tym razem reżyserze Gliński. Obok zupełnie niepotrzebnej sceny pościgu, reżyser – nie wiedzieć czemu – uparł się by pokazać scenę łóżkową. Nie ma w niej dosłowności, ale nie dziwią zarzuty harcerzy – etosowych przecież ludzi – że twórcy zajrzeli ich bohaterom w życie intymne. Owszem, młodzi harcerze kochali się w dziewczynach, starali się – w sensie pozytywnym – korzystać z życia, które w czasie wojny zdawało się być wyjątkowo kruche i ulotne. Po co jednak było zaglądać komuś do sypialni w filmie, który ma nieść – i niesie – ze sobą szalenie ważne przesłanie? Doprawdy trudno to uzasadnić.

To tyle w kwestii niepotrzebnego fantazjowania twórców. Ale w innych sytuacjach? Bunt młodych przeciwko rodzicom (konflikt „Zośki” z ojcem), czy spór z kierownictwem Kedywu mają swój jasno określony cel. Pierwszy spór to tak naprawdę element wielkiej polskiej debaty ideowej o to, czy lepiej walczyć na wyniszczenie z bronią w ręku, czy przetrwać i budować po wojnie Polskę. Młodzi, jak to młodzi, nie mają wątpliwości – walczyć. Starsi studzą ich zapały. Profesor Józef Zawadzki to intelektualista, fizyk, umysł ścisły. Stara się myśleć w kategoriach realizmu (co nie oznacza, że jest tchórzem!). Syn, Tadeusz chce chwycić do ręki broń i strzelać do Niemców. To znaczący akord arcypolskości tego filmu. Młodzieńcza chęć zmieniania świata, młodzieńczy idealizm, rozbijany w gruzy przez niemieckie granaty kontra dojrzałe rozumienie świata, jego cynizmu, trudnych do rozstrzygnięcia wyborów, szeregu odcieni bez czarno-białej barwy.

Podobnie można odczytać starcie poglądowe na walkę między Szarymi Szeregami a Kedywem, choć tutaj akurat dochodzi też płaszczyzna konfliktu dwóch, różnych przecież środowisk – młodzieńczo ideowych i do bólu zasadniczych harcerzy, z twardymi, dobrze wyszkolonymi wojskowymi. Ciekawie zaznaczył to Jan Łomnicki w filmie „Akcja pod Arsenałem”, gdy harcerze, kuszeni przez żołnierza papierosem, odpowiadają, że przecież im palić nie wolno. Na co kusiciel odpowiedział nieszkodliwą kpiną.

Inny

Film Glińskiego jest po prostu inny niż książka Aleksandra Kamińskiego. Skupia się na jednym wątku – przyjaźni „Rudego” z „Zośką”. Wokół tego zbudowano całą historię, opleciono tę przyjaźń siecią wątków, otoczono szeregiem wątpliwości dotyczących sposobu walki, problemu zabijania i sensu śmierci wielu młodziutkich chłopców – tych ze wspaniałego pokolenia II RP – jak ten kamień rzuconych na szaniec. Cieszy niezwykle, że młodzi aktorzy – szczególnie Marcel Sabat (Zośka) i Tomasz Ziętek („Rudy”) – udźwignęli niełatwe, bo bardzo dramatyczne, role. Ale dramatyzm filmu nie oznacza wcale, że zostajemy z brakiem odpowiedzi na pytanie o zasadniczy sens walki głównych bohaterów. Dziwne, ale jakże wymowne są słowa Niemca katującego „Rudego”: „jeśli przeżyjesz tę wojnę, to dla rodaków będziesz bohaterem”. Nie przeżył. Ale bohaterem został.

Krzysztof Gędłek

źródło : pch24.pl

Facebook